#4GamesThatDefineYou

Przetoczyła się przez media społecznościowe zabawa w wyliczanie gier, które kogoś zdefiniowały jako gracza. (Wiem, że to tak średnio po polsku ale dość dobrze oddaje sens zabawy). Zacząłem się zastanawiać czy ja tez mam takie gry.  I co właściwie oznacza to pytanie. W jakim sensie jakaś gra miałby mnie zdefiniować? IMHO takimi grami są te pierwsze z którymi się zetknęliśmy. Oczywiście nie wszystkie. Kiedy chodziłem do szkoły komputer był marzeniem ściętej głowy. Można było co najwyżej pooglądać w TV jak wygląda „ZX Spectrum” i jak niesamowita jest grafika w „Knight Lore”. To jest temat na zupełnie inna historię i lepiej będzie jeśli wrócę do tych „ważnych” gier.  Jak wybrać cztery z nich?  Tylko cztery z nich.  Powiedzmy, że ta czwórka będzie wyglądać tak:

 

Sid Meier’s Civilization

Kupiona w jakimś sklepie (albo może na Grzybowskiej) na dwóch dyskietkach 5¼ cala. Tak. Był taki wynalazek. Możecie to sobie wygooglać.  Nie mogę przypomnieć sobie skąd wiedziałem o tej grze.  Pewnie z jakichś czasopism o grach, które już zaczynały się ukazywać. Faktem jest, że wiedziałem mniej więcej czego się spodziewać. Mimo to, pierwszą myślą po uruchomieniu było: „Rety, jakie to jest brzydkie.” Po kilku rozgrywkach okazało się jeszcze, że dość szybko przegrywam. Nie szło mi. Ja byłem w epoce brązu a przeciwnik rozjeżdżał mnie czołgami. Tak było do momenty gdy w którymś numerze „Computer Studio” ukazał się poradnik do gry. Ha! Okazało się, że te małe ludziki na ekranie zarządzania miastem można przestawiać!  W końcu można było grać!

 

X-COM: Terror from the Deep

Do tej serii też dość długo podchodziłem.  Miałem ją na oku od czasu pierwszych zapowiedzi w prasie.  W końcu jakoś wpadła w moje ręce. I tu zaczynały się schody. Oczywiście polskiego języka nie było ale to akurat nie stanowiło zwykle problemu. Gorsze było to, że w grach bez tutorialu trzeba było do wszystkiego dochodzić samemu. Instrukcja? Przypominam, że były to czasy giełdy na Grzybowskiej i kopiowania gier „diskdupem” w przyczepie z tyłu. Instrukcjami w tamtych czasach były klawiszologie drukowane w „Secret service”. Jednak po przegryzieniu się przez początkowe trudności. Po tym jak już udało się zapanować nad oddziałem. Gdy już wiedziało się co, jak i gdzie budować.  Wtedy dopadały te niesamowite emocje. Naciskamy „End turn” i z zapartym tchem wlepiamy się w ekran patrząc czy jakiś ufok, którego przeoczyliśmy nie wyskoczy zza rogu i nie ukatrupi nam naszego najlepszego żołnierza. Turówka a ileż potrafi zapewnić emocji!

Dlaczego druga część a nie pierwsza? Dlatego, że w tę część grałem z GUSem na pokładzie. Dźwięki tupania po metalu, odgłos granatu sonicznego pamiętam do dziś.

 

Dune II: The Building of a Dynasty

Mógłbym nosić koszulkę z napisem „Grałem w Dune 2 zanim to było modne”. Natrafiłem na nią przypadkiem w takim dziwnym miejscu, którego nawet za dobrze nie pamiętam. W spisie gier do kupienia zobaczyłem „Dune 2” a ponieważ czytałem książkę i grałem w pierwszą część to długo się nie zastanawiałem. Po szybkiej instalacji była oczywiście chwila zaskoczenia. W końcu [pierwsza częsć to była raczej przygodówka z elementami strategii a tu takie coś…  Potem poszło już szybko.  Upodobanie do RTS pozostało do dziś.

 

The Talos Principle

To nie jest gra z lat dziewięćdziesiątych. Zdecydowanie nie jest. Dlaczego więc o niej wspominam? Dlatego, że grając w nią miałem znowu ten „efekt wow!” co wiele lat temu. Ta gra (a w zasadzie jej twórcy) udowadnia, że dzisiaj też można pokazać coś świeżego i niebanalnego. I to nawet w grze w której łączymy promienie świetlne tak żeby dotarły z punktu A do punktu B. O grze od Crotem pisałem już więc nie będę mnożył zachwytów. Jeśli ktoś nie grał niech szybko nadrabia zaległości.

 

Cztery gry to mało. Za mało. Zabrakło miejsca na jakiś role play, na jakiś dungeon crawler, na jakiś symulator. Niech tak zostanie.  Może innym razem napisze coś o innych tytułach.

Przeczytaj także