Algorytm wojny – przyszłość według Michała Cholewy

Zacznijmy klasycznie

„Niezwyciężony”, krążownik drugiej klasy, największa jednostka, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry, szedł fotonowym ciągiem przez skrajny kwadrant gwiazdozbioru. Osiemdziesięciu trzech ludzi załogi spało w tunelowym hibernatorze centralnego pokładu. Ponieważ rejs był stosunkowo krótki, zamiast pełnej hibernacji zastosowano pogłębiony sen, w którym temperatura ciała nie opada poniżej dziesięciu stopni. W sterowni pracowały tylko automaty. W ich polu widzenia, na krzyżu celowniczym, leżała tarcza słońca, niewiele gorętszego od zwykłego czerwonego karła.

Już uspokajam. To oczywiście nie jest cytat z żadnej książki Michała Cholewy. To początek „Niezwyciężonego”Stanisława Lema.  Dlaczego wpis o twórczości młodego autora zaczynam od cytatu z jednej z najlepszych powieści Mistrza? Już wyjaśniam. Otwieramy pierwszą część cyklu „Algorytm wojny” czyli „Gambit” i zaczynamy czytać:

Namierzyli niszczyciel ledwie pół godziny po tym, jak „Kania” weszła w strefę poszukiwań, dokładnie tam, gdzie umiejscawiał go raport patrolu systemowego. W lekkim locie wirowym, idący hiperboliczną systemu Gammy I Astra okręt był praktycznie niewykrywalny – jego pozycję znaczyły tylko lekkie emisje jakimś cudem jeszcze funkcjonujących rezerwowych systemów energetycznych. I oczywiście sygnały towarzyszącego mu od ponad tygodnia samodzielnego nadajnika pozostawionego przez „Charta”. Co dwie sekundy na monitorze stanowiska radarowego „Kani” rozbłyskiwał jasny punkt znaczący pozycję wraku.

Możecie się śmiać ale po tym akapicie od razu pobiegłem po „Niezwyciężonego”, żeby sprawdzić czy dobrze pamiętam. To nie jest powtórzenie słowo w słowo. Nawet opisywana sytuacja jest nieco inna. Jednak gdzieś w mojej głowie otworzyła się klapka i zamigotało światełko. Jeszcze e tym momencie nie wiedziałem czy to światełko oznacza akceptację, czy może jest to ostrzeżenie. Wzmogłem czujność i czytałem dalej.

Dlaczego w ogóle sięgnąłem po „Gambit”? Z polecenia. Praktycznie na każdym forum „książkowym” jeśli zapytać o jakiegoś polskiego autora piszącego „military sf”, ktoś poleca Cholewę. Długo się więc nie zastanawiałem.  Dodatkowo na okładce możemy przeczytać bardzo obiecujące słowa: „Twarde SF w mrocznym klimacie Obcego, tajemnicą rodem z powieści Philipa K. Dicka i bitwami w stylu Johna Ringo.”. Co prawda nie czytałem nic Johna Ringo ale Dicka lubię i szanuję, klimaty Obcego również więc trzeba było się zmierzyć z „Gambitem”.  (…) O rety jak ja się męczyłem. (…) Z perspektywy czasu widzę, że moje utyskiwania na debiutancka powieść Cholewy wzięły się po części z tego, że sięgnąłem po nią tuz po książkach z serii „Star Force” (to takie szybkie w czytaniu sf w stylu „zabili go i uciekł”). Drugą przyczyną było to nieszczęsne zdanie z okładki. Czekałem na te bitwy, na te tajemnice, na tego Obcego… Czekałem i nic z tego nie wynikało.  Cały czas zastanawiałem się gdzie ten Obcy. Po jakimś czasie dopiero uświadomiłem sobie, że film Ridleya Scotta to nie jest półtorej godziny rozpierduchy. Trzy czwarte filmu to załoga krzątająca się po statku, rozmawiająca ze sobą, zajmująca się swoimi problemami.  I tak też jest w „Gambicie”.

Rozgadałem się o tematach pobocznych. Trzeba wrócić do świata wymyślonego przez Michała Cholewę.

Rok 2211

Przez dwa stulecia ludzkość sięgnęła gwiazd.  Opracowano napęd umożliwiający podróże międzygwiezdne. Rozpoczęto kolonizację Galaktyki. Politycznie niewiele się zmieniło. Karty rozdają trzy mocarstwa. Stany Zjednoczone, Unia Europejska (!) oraz Imperium (Chiny). Ekspansja przeniosła się poza Ziemie. Nastąpiła jakby nowa epoka kolonialna. Historia toczyła się jak od tysięcy lat aż nagle nadszedł Dzień. Zaawansowane sztuczne inteligencje, dotknięte prawdopodobnie wirusem obróciły się przeciwko ludzkości. Ludzie przetrwali jednak trudno tu mówić o zwycięstwie.  Stracono dostęp do wielu setek kolonii pozaziemskich. Badania nad SI oczywiście zostały przerwane. Co gorsze wydaje się, że niektórym zaawansowanym sztucznym inteligencjom udało się uciec.

W takiej scenerii poznajemy Marcina WIerzbowskiego.  Należy do małego oddziału, czterdziestego regimentu Unii Europejskiej. Wojsko UE ma za zadanie odbić z rąk Amerykanów planetę „New Quebec”. Ze względu na panujące tam warunki nazywana jest ona Bagnem. Akcja przebiega bez problemów wygląda jednak na to, że oddział Wierzbowskiego utknął tam na dłużej. I nie zanosi się na to, żeby miał coś konkretnego do roboty.

Dlaczego warto.

Wojsko – „Gambit” nie porywa akcją. Jednak warto się przyłożyć i zawrzeć bliższą znajomość z Marcinem WIerzbowskim. Jest to bardzo dobry punkt wyjścia do dalszych części. Czuje się, że opisywane postaci są prawdziwe. Mają swoja przeszłość. Mają jakieś pragnienia, lęki, upodobania. Przezywają dylematy, popełniają błędy. Są ludźmi. A dodatkowo są żołnierzami. Czytając książki Cholewy uświadomiłem sobie jak często bohaterowie innych militarnych cyklów „wiedzą lepiej”.  Co prawda mają rozkazy, są jakoś usytuowani w łańcuchu dowodzenia ale zwykle wiedza lepiej od przełożonych co zrobić i jak się zachować.  Tutaj to nie działa. Żołnierz jest żołnierzem. W niektórych sytuacjach jest to boleśnie pokazane.

Dzień. – Od początku wiemy co się stało ale dokładne informacje są nam dawkowane bardzo powoli i jakby mimochodem. Zresztą cały opis świata jest podawany w takiej formie. O wiele bardziej przypada mi to do gustu niż sytuacja gdy przez pół rozdziału mamy opisaną historię ostatnich stu lat a na końcu książki i tak cała historia pruje się w szwach.  Tutaj trzeba sobie samemu układać obraz tego się wydarzyło.

Technika. – Jest i działa. Kolejne brawa za to, że autor nie wymyśla na nowo fizyki opisując w szczegółach funkcjonowanie napędu metrycznego czy maskowania CCS. Naprawdę nie o to w takich książkach chodzi.

Sztuczna inteligencja – Wisienka na torcie. Własnie tak wyobrażam sobie zaawansowaną SI. Ani słowa więcej bo będą spoilery.

Fabuła – Jak już wspomniałem „Gambit” jest powieścią na rozruch. Pozwala poznać świat i bohaterów. Jazda zaczyna się w kolejnych częściach.  I tu pozwolę sobie  na mały zarzut. Mam wrażenie, że autor zagnieżdża zbyt dużo „planów w planach”. Zwroty akcji, „twisty” są bardzo fajne jednak  w trakcie czytania „Inwitu” miałem wrażenie, że te wszystkie koronkowe intrygi są trochę przesadzone.

Cykl Algorytm Wojny (polecam czytanie w kolejności wydawania)

  • Gambit
  • Punkt cięcia
  • Forta
  • Inwit
  • Echa (zbiór opowiadań)

Przeczytaj także