Czytać każdy może.

Zdecydowałem, że zacznę pisać o książkach które czytam.  Na początek jednak napisałem kilka słów o tym od kiedy i jak czytam. To  jest pierwsza część o czytaniu „tradycyjnym”.

 

Czytam od kiedy sięgam pamięcią. To podobno zasługa mojej babci, która do znudzenia czytała mi „Kolorowy świat”. Podobno w końcu w ten sposób nauczyłem się czytać już jako kilkulatek. Potem wiadomo.. „Świerszczyk”, „Płomyczek”, „Świat Młodych” i komiks na ostatniej stronie. Pochłaniałem to wszystko w znacznych ilościach więc naturalne wydało się zapisanie mnie do biblioteki. Nie obyło się bez przygód.  Pamiętam, że pożyczyłem „Plastusiowy pamiętnik” i jakąś książkę o misiu. Nie pamiętam niestety tytułu. Obydwie książki przeczytałem tego samego dnia więc kolejnego trzeba było znowu iść do biblioteki. Bibliotekarka nie bardzo wierzyła, że sześciolatek  w jeden wieczór dał radę przeczytać obydwie pozycje. Jakoś jednak dała się przekonać. Efekt tego był taki, że mogłem pożyczać kiedy chciałem i ile książek chciałem. Nie dotyczył mnie też limit trzech sztuk na raz.

Chyba byłem częstym gościem biblioteki bo do dziś pamiętam regał z książkami dla maluchów z którego szybko przeniosłem się pod ścianę gdzie były utwory młodzieżowe. Czytałem to co było. Bahdaj, Broszkiewicz, Ożogowska, Niziurski, Nienacki, Szklarski, wszystkich autorów po kolei i na wyrywki.  Któregoś razu trafiłem w jakiejś gazecie na coś w rodzaju wysyłkowego klubu książki.  Wyboru dużego nie było ale jedną z pozycji była „Królowa kosmosu” Bohdana Peteckiego.  Chyba własnie wtedy zauważyłem, że klimaty kosmiczne to jest to co tygrysy lubią najbardziej.

Przekopywałem bibliotekę w poszukiwaniu fantastyki. Na pewno był tam Lem. Ale kto jeszcze? Nie pamiętam.  Widocznie nic szczególnie wartościowego. Biblioteka powoli przestała wystarczać. I wtedy zaczęła ukazywać się „Fantastyka”. Miesięcznik do kupienia w kiosku „Ruchu”. Taaa….do kupienia. Całe szczęście, że mieliśmy znajomą kioskarkę. Inaczej byłoby bardzo ciężko. Do kiosku przychodziły dwa numery „Fantastyki”. Jeden był dla mnie a drugi od razu lądował „w teczce”. Żaden nie lądował na wystawie. W „Ruchu” można też było kupić serię „Fantastyka Przygoda” wydawaną przez KAW. Pierwsza jaka wpadła mi w ręce to był „Dzień czerwonego giganta”. Poziom pozostałych był zbliżony (z wyjątkiem zbioru opowiadań Janusza Zajdla, który chyba zawędrował tam przez pomyłkę) ale była to fantastyka i można było czytać więc się czytało.

To były dziwne czasy. Z jednej strony ciężkie bo wydawano przede wszystkim autorów polskich oraz z zaprzyjaźnionych z nami krajów. Z drugiej strony można było kupić i przeczytać właściwie wszystko co się na rynku ukazywało. O ile oczywiście odstało się swoje w kolejce. Tak w kolejce. Wtedy w księgarni były kolejki. Serio.  Oprócz księgarni odwiedzałem też antykwariat.  Problem był taki, że najbliższy był oddalony o 30 kilometrów. Wiązało się to zatem z wycieczka do miasta (wtedy) wojewódzkiego.  Miałem swoją stałą trasę. dworzec, sklep zoologiczny, antykwariat, drugi sklep zoologiczny, przystanek autobusowy. Zawsze udawało się coś ciekawego na półce wygrzebać. W programie trzecim PR zawsze o godzinie trzynastej była czytana powieść. W ten sposób poznałem na przykład „Czarnoksiężnika z archipelagu” oraz „Cieplarnię”. I tak jakoś sobie człowiek radził.   Aż pewnego dnia obaliliśmy komunizm.

Napisałem to nieco żartobliwie ale rok 1989 jest w moim odczuciu datą graniczną także dla czytelnictwa. Może nie dla czytelnictwa ogólnie ale na pewno dla mojego, osobistego czytanie książek. Ja akurat wtedy zmieniłem miejsce pobytu. Nałożyła się na to kosmiczna inflacja (nagły wzrost cen) i tak zwane wprowadzenie wolnego rynku. Powstały nowe wydawnictwa i księgarnie zostały zasypane tonami książek. Najróżniejszych.  Horror, sensacja, romanse, fantastyka. Nagle okazało się, że nie da się tego wszystkiego kupić i przeczytać. Po prostu się nie da. Jednak zupełnie czytać nie przestałem.  Książki zostały częściowo zastąpione przez „Fantastykę”, „Science Fiction” czy „Fenixa”. Coś co można kupić w kiosku (już nie spod lady) i poczytać w pociągu.  Z pewnym żalem stwierdziłem, że po prostu nie mam czasu i pieniędzy na to by pochłonąć wszystko co jest na rynku. Zamiast nowej książki trzeba było kupić pampersy. I tak to życie postawiło na swoim. Na bardzo długi czas.